Jasna godzina. Dziennik życia i umierania
Książka
Wysyłka: Niedostępna
Sugerowana cena detaliczna 36,90 PLN
Nasza cena: 26,93 PLN
Oszczędzasz 27%
Dodaj do Schowka
Zaloguj się
Przypomnij hasło
×
×
Oferujemy szeroki asortyment - ponad 120 tys. produktów
Dysponujemy solidną wiedzą - działamy już 11 lat
Dbamy o wybór najcenniejszych tytułów
Opis: Jasna godzina. Dziennik życia i umierania - Nina Riggs

Jak kochać i cieszyć się każdą chwilą w obliczu nieuniknionego

Fantastyczna autoterapia dla szukających pociechy w trudnych chwilach

Nina Riggs, młoda mama, żona i poetka, podświadomie wie, że jej kolej w końcu nadejdzie. Pochodzi z silnie obciążonej genetycznie rodziny jej matka, dziadek, ciotki i kuzynowie umarli na raka. Gdy ma 37 lat, staje twarzą w twarz z nowotworem. Złośliwy rak piersi. Jedna mała plamka.

Jasna godzina miała być pamiątką dla synów 9-letniego Freddy'ego i o dwa lata młodszego Benny'ego która w przyszłości pozwoli im zrozumieć, jak ogromną miłością ich darzyła. Chłopcy widzą chorobę na swój naiwny sposób, a Nina stara się przygotować ich jak najlepiej na czas, w którym jej zabraknie.

Błyskotliwa, rozbrajająco zabawna i głęboko poruszająca Jasna godzina uczy, jak kochać każdego dnia, nawet kiedy coś idzie nie tak. To książka o spojrzeniu śmierci prosto w twarz, a także niezwykle udana próba pogodzenia się z losem. Swoisty balsam dla duszy i forma modlitwy. Nina pisze bez zbędnego patosu, dzieląc się z czytelnikami swoją codziennością. Uczy, jak doceniać proste przyjemności i nie tracić pogody ducha.


Szczegóły: Jasna godzina. Dziennik życia i umierania - Nina Riggs

Tytuł: Jasna godzina. Dziennik życia i umierania
Autor: Nina Riggs
Wydawnictwo: Literackie
ISBN: 9788308064030
Rok wydania: 2017
Ilość stron: 256
Format: 12,3x19,4 cm
Oprawa: broszurowa


Recenzje: Jasna godzina. Dziennik życia i umierania - Nina Riggs
Zaloguj się
Przypomnij hasło
×
×

„Jasna godzina” to wzruszająca opowieść o umieraniu, ale również – paradoksalnie – książka afirmująca życie. Czyta się ją ze ściśniętym sercem, a po lekturze zaczyna doceniać różne drobiazgi, na które zazwyczaj nie zwraca się uwagi.

Gdy Nina Riggs dowiedziała się, że ma raka, była młodą, szczęśliwą i spełnioną kobietą. Wiadomość spadła na nią jak grom z jasnego nieba, chociaż w jej rodzinie kilka osób chorowało i zmarło na nowotwory. Jak to jednak zwykle bywa, i jej wydawało się, że ciężka choroba to doświadczenie, które los szykuje innym, nie nam.

Jak żyć ze świadomością śmiertelnej choroby, zwłaszcza gdy jest się szczęśliwą matką i żoną? Wydawać by się mogło, że na to pytanie nie ma odpowiedzi, a jednak autorce udało się ją znaleźć.
Przede wszystkim podjęła heroiczną walkę o życie i nie zrezygnowała z jego uroków. Nadal spotykała się z przyjaciółmi, starała się być czułą mamą i małżonką, czytała książki, pisała wiersze, artykuły i zaczęła tworzyć bloga, często wspominając swojego przodka Ralpfa Emmersona, wybitnego amerykańskiego poetę.

Z kart „Jasnej godziny” wyłania się portret niezwykłej kobiety, która stara się czerpać z życia tyle, ile się da. Nie poddaje się, walcząc o każdy kolejny dzień, a jednocześnie pisze o tym w sposób zwyczajny, jakby było to coś powszedniego.
Nina nie jest niepoprawną optymistką. Zdaje sobie sprawę z zagrożenia i nie lekceważy go, jednak nie poddaje się depresyjnym nastrojom, co w jej sytuacji nie jest łatwe i na pewno budzi w czytelnikach podziw.

Niezwykłe jest to, że umierająca kobieta okazuje się zapobiegliwą matką i żoną. Planuje, co musi zdążyć zrobić, by zapewnić bezpieczeństwo i dobrą opiekę swoim synom, a także pozostawić po sobie dla nich jakiś ślad.
Gdy czyta się te fragmenty, nieraz trzeba przerywać lekturę, by dojść do siebie.

„Jasna godzina” na pewno nie jest tanim wyciskaczem łez, nie bazuje na banalnych chwytach i igraniu z emocjami czytelnika. To książka dojrzała, pełna szczerości, która przekazywana jest w sposób naturalny, ujmujący, pełen szacunku dla praw natury i jej nieuchronności, nawet jeśli wydają się nam one niesprawiedliwe.

To również opowieść o codzienności, która może być fascynująca, jeśli umie się dostrzegać jej uroki, małe radości i pozornie przeciętne rzeczy, na które zazwyczaj nie zwracamy uwagi. Doceniamy je najczęściej dopiero wówczas, gdy zaczynamy coś tracić.

Książka Niny Riggs jest lekturą dla każdego. Na pewno nie jest łatwo czytać o zbliżającej się śmierci, ale autorka potrafi zarazić czytelnika swoim optymizmem i skłonić do spojrzenia na własne życie z innej, lepszej perspektywy.
Obok „Jasnej godziny” nie można przejść obojętnie. To dziennik, który na długo pozostaje w pamięci, skłaniając do wielu, wielu refleksji.
BEATA IGIELSKA
2017-10-16 09:16:18

Nieco ponad rok temu pisałam o książce, która przypomniała mi o marności ludzkiego życia. O tym, że wszystko przemija. Nienawidzę takich książek, bo zwykle nawet kiedy nie chcę płakać, po prostu wyję tak bardzo, że w efekcie dostaje gorączki i nie mogę się uspokoić. Podobną reakcję wywołała u mnie książka Paula Kalanithi "Jeszcze jeden oddech". Realne spojrzenie na raka, brutalna rzeczywistość i przede wszystkim brak histerii. Jakiś miesiąc temu, jeśli nie dalej, wydawnictwo Literackie przysłało mi zapowiedź „tegorocznego Kalanithi” i zaczęłam przeklinać siebie. Wszystko we mnie krzyczało, żebym odmówiła tekstu, zignorowała maila i koniec. Ale wyszło jak wyszło, odpisałam i niedorzecznie spóźniona, siedzę na łóżku i zastanawiam się co napisać o książce kobiety, która umarła w podobny sposób do autora "Jeszcze jednego oddechu".
Nina Riggs, córka poetki, żona, matka dwóch chłopców. Miała trzydzieści osiem lat, gdy usłyszała diagnozę. Wszystkie jej plany wzięły w łeb przez chorobę, która najczęściej jest wyrokiem śmierci. Wtedy człowiek staje się bombą zegarową. Kobieta przyznawała, że nigdy nie rozumiała dlaczego jej matka uważała, że śmierć to nie koniec świata. A potem przyszła choroba i Nina doznała olśnienia.
Sęk w tym, że ile osób i rodzajów zachorowań na raka, tyle jest do tego podejść i sposobów na pogodzenie się z losem. Godzenie się z chorobą jest indywidualną sprawą chorego. Jasne, można po prostu usiąść, zacząć płakać i histeryzować, że idzie koniec. A ma się przed sobą życie, nie doświadczyło się miłości itp. Z własnego doświadczenia wiem, że kiedy się słyszy o raku od innych, ma się wrażenie, że samemu by się poległo. Ale w głównej mierze możecie też naprawić wiele rzeczy, zanim przyjdzie wam odejść.
Albo to olać. Zastanawiacie się pewnie do tego momentu tekstu : Co ten hasacz pieprzy?
Spokojnie. Mam w tym swój cel. Riggs potrafiła zaskakująco pogodnie pisać o swoim raku czwartego stopnia, który w istocie, podczas diagnozy jest podawany z przyszłą datą śmierci. Czujecie się trochę, jakbyście gadali z bogiem śmierci rodem z mangi Death Note. I teraz przykład autorki, która odeszła w lutym tego roku. Kobieta miała dwóch synów, kochającego męża i plany na przyszłość. Chciała jeszcze jednego dziecka, chciała wysłać synów na studia. I owszem, chorowała, ale jednocześnie przygotowywała męża i synów na swoje odejście. Bo to było nieuniknione.
Prapraprawnuczka Ralpha Waldo Emersona, wybitnego amerykańskiego poety. Nic zatem dziwnego, że nawet pisząc o swojej chorobie, pozostawała pełna optymizmu. Jednak już nie dla swojego życia, a dla życia tych, których zostawiła. Męża. Synów. W jej przypadku, jedna mała plamka, będąca zdiagnozowana jako nowotwór sutka ( tak się fachowo diagnozuje raka piersi, rzekomo), rozbiła jej życie jak domek z kart. Ostatecznie wydawca pani Riggs zastosował podobny chwyt jak wydawca Kalanithi. I jak żona Paula napisała posłowie, tak mąż Niny zrobił to samo.
Mam wrażenie, że to taki trochę chwyt marketingowy, będący jednocześnie skokiem na emocje czytelnika. I to jedyna rzecz jaka drażniła mnie w tych książkach. Takich książek nie da się tak po prostu ocenić. Napisać, że autorka przesadzała, udawała pogodną i pogodzoną z życiem. Bo albo wtedy autor tekstu zostanie zlinczowany za brak empatii, albo ludzie zaatakują inaczej.
Ale jako osoba, która zna temat od zaplecza, powiem tylko, że nie podziwiam tej kobiety. Tak jak nie podziwiałam Paula Kalanithi. Pisałam to wyżej, napiszę to raz jeszcze. Ile diagnoz, tyle reakcji i sposobów na radzenie sobie z chorobą. Wysyłanie pacjenta na grupy wsparcia czy inne brednie to najgorsze co można zrobić choremu. Jednak pisanie takich książek przez chorych ma jakiś cel. Wiem, że większości z czytelników w jakiś sposób to pomoże. Mnie to tylko przypomniało jak strasznie irytuje mnie marność ludzkiego życia. I jak beznadziejni jesteśmy w radzeniu sobie z rzeczywistością.
2017-10-24 16:03:45

Książka

Jasna godzina. Dziennik życia i umierania

Jak kochać i cieszyć się każdą chwilą w obliczu nieuniknionego
Fantastyczna autoterapia dla szukających pociechy w trudnych chwilach
Nina Riggs, młoda mama, żona i poetka, podświadomie wie, że jej kolej w końcu nadejdzie. Pochodzi z silnie obciążonej genetycznie rodziny jej matka, dziadek, ciotki i kuzynowie umarli na raka. Gdy ma 37 lat, staje twarzą w twarz z nowotworem. Złośliwy rak piersi. Jedna mała plamka.
Jasna godzina miała być pamiątką dla synów 9-letniego Freddy'ego i o dwa lata młodszego Benny'ego która w przyszłości pozwoli im zrozumieć, jak ogromną miłością ich darzyła. Chłopcy widzą chorobę na swój naiwny sposób, a Nina stara się przygotować ich jak najlepiej na czas, w którym jej zabraknie.
Błyskotliwa, rozbrajająco zabawna i głęboko poruszająca Jasna godzina uczy, jak kochać każdego dnia, nawet kiedy coś idzie nie tak. To książka o spojrzeniu śmierci prosto w twarz, a także niezwykle udana próba pogodzenia się z losem. Swoisty balsam dla duszy i forma modlitwy. Nina pisze bez zbędnego patosu, dzieląc się z czytelnikami swoją codziennością. Uczy, jak doceniać proste przyjemności i nie tracić pogody ducha.

Powiadom o dostępności
Podaj swój e-mail a zostaniesz poinformowany jak tylko pozycja będzie dostępna.
×

Zapowiedź 2017-09-28

Cena 36,90 PLN
Nasza cena 26,93 PLN
Oszczędzasz 27%
Wysyłka: Niedostępna
Dodaj do Schowka
Zaloguj się
Przypomnij hasło
×
×

Szczegóły: Jasna godzina. Dziennik życia i umierania - Nina Riggs

Tytuł: Jasna godzina. Dziennik życia i umierania
Autor: Nina Riggs
Wydawnictwo: Literackie
ISBN: 9788308064030
Rok wydania: 2017
Ilość stron: 256
Format: 12,3x19,4 cm
Oprawa: broszurowa


Recenzje: Jasna godzina. Dziennik życia i umierania - Nina Riggs

Zaloguj się
Przypomnij hasło
×
×

„Jasna godzina” to wzruszająca opowieść o umieraniu, ale również – paradoksalnie – książka afirmująca życie. Czyta się ją ze ściśniętym sercem, a po lekturze zaczyna doceniać różne drobiazgi, na które zazwyczaj nie zwraca się uwagi.

Gdy Nina Riggs dowiedziała się, że ma raka, była młodą, szczęśliwą i spełnioną kobietą. Wiadomość spadła na nią jak grom z jasnego nieba, chociaż w jej rodzinie kilka osób chorowało i zmarło na nowotwory. Jak to jednak zwykle bywa, i jej wydawało się, że ciężka choroba to doświadczenie, które los szykuje innym, nie nam.

Jak żyć ze świadomością śmiertelnej choroby, zwłaszcza gdy jest się szczęśliwą matką i żoną? Wydawać by się mogło, że na to pytanie nie ma odpowiedzi, a jednak autorce udało się ją znaleźć.
Przede wszystkim podjęła heroiczną walkę o życie i nie zrezygnowała z jego uroków. Nadal spotykała się z przyjaciółmi, starała się być czułą mamą i małżonką, czytała książki, pisała wiersze, artykuły i zaczęła tworzyć bloga, często wspominając swojego przodka Ralpfa Emmersona, wybitnego amerykańskiego poetę.

Z kart „Jasnej godziny” wyłania się portret niezwykłej kobiety, która stara się czerpać z życia tyle, ile się da. Nie poddaje się, walcząc o każdy kolejny dzień, a jednocześnie pisze o tym w sposób zwyczajny, jakby było to coś powszedniego.
Nina nie jest niepoprawną optymistką. Zdaje sobie sprawę z zagrożenia i nie lekceważy go, jednak nie poddaje się depresyjnym nastrojom, co w jej sytuacji nie jest łatwe i na pewno budzi w czytelnikach podziw.

Niezwykłe jest to, że umierająca kobieta okazuje się zapobiegliwą matką i żoną. Planuje, co musi zdążyć zrobić, by zapewnić bezpieczeństwo i dobrą opiekę swoim synom, a także pozostawić po sobie dla nich jakiś ślad.
Gdy czyta się te fragmenty, nieraz trzeba przerywać lekturę, by dojść do siebie.

„Jasna godzina” na pewno nie jest tanim wyciskaczem łez, nie bazuje na banalnych chwytach i igraniu z emocjami czytelnika. To książka dojrzała, pełna szczerości, która przekazywana jest w sposób naturalny, ujmujący, pełen szacunku dla praw natury i jej nieuchronności, nawet jeśli wydają się nam one niesprawiedliwe.

To również opowieść o codzienności, która może być fascynująca, jeśli umie się dostrzegać jej uroki, małe radości i pozornie przeciętne rzeczy, na które zazwyczaj nie zwracamy uwagi. Doceniamy je najczęściej dopiero wówczas, gdy zaczynamy coś tracić.

Książka Niny Riggs jest lekturą dla każdego. Na pewno nie jest łatwo czytać o zbliżającej się śmierci, ale autorka potrafi zarazić czytelnika swoim optymizmem i skłonić do spojrzenia na własne życie z innej, lepszej perspektywy.
Obok „Jasnej godziny” nie można przejść obojętnie. To dziennik, który na długo pozostaje w pamięci, skłaniając do wielu, wielu refleksji.
BEATA IGIELSKA
2017-10-16 09:16:18

Nieco ponad rok temu pisałam o książce, która przypomniała mi o marności ludzkiego życia. O tym, że wszystko przemija. Nienawidzę takich książek, bo zwykle nawet kiedy nie chcę płakać, po prostu wyję tak bardzo, że w efekcie dostaje gorączki i nie mogę się uspokoić. Podobną reakcję wywołała u mnie książka Paula Kalanithi "Jeszcze jeden oddech". Realne spojrzenie na raka, brutalna rzeczywistość i przede wszystkim brak histerii. Jakiś miesiąc temu, jeśli nie dalej, wydawnictwo Literackie przysłało mi zapowiedź „tegorocznego Kalanithi” i zaczęłam przeklinać siebie. Wszystko we mnie krzyczało, żebym odmówiła tekstu, zignorowała maila i koniec. Ale wyszło jak wyszło, odpisałam i niedorzecznie spóźniona, siedzę na łóżku i zastanawiam się co napisać o książce kobiety, która umarła w podobny sposób do autora "Jeszcze jednego oddechu".
Nina Riggs, córka poetki, żona, matka dwóch chłopców. Miała trzydzieści osiem lat, gdy usłyszała diagnozę. Wszystkie jej plany wzięły w łeb przez chorobę, która najczęściej jest wyrokiem śmierci. Wtedy człowiek staje się bombą zegarową. Kobieta przyznawała, że nigdy nie rozumiała dlaczego jej matka uważała, że śmierć to nie koniec świata. A potem przyszła choroba i Nina doznała olśnienia.
Sęk w tym, że ile osób i rodzajów zachorowań na raka, tyle jest do tego podejść i sposobów na pogodzenie się z losem. Godzenie się z chorobą jest indywidualną sprawą chorego. Jasne, można po prostu usiąść, zacząć płakać i histeryzować, że idzie koniec. A ma się przed sobą życie, nie doświadczyło się miłości itp. Z własnego doświadczenia wiem, że kiedy się słyszy o raku od innych, ma się wrażenie, że samemu by się poległo. Ale w głównej mierze możecie też naprawić wiele rzeczy, zanim przyjdzie wam odejść.
Albo to olać. Zastanawiacie się pewnie do tego momentu tekstu : Co ten hasacz pieprzy?
Spokojnie. Mam w tym swój cel. Riggs potrafiła zaskakująco pogodnie pisać o swoim raku czwartego stopnia, który w istocie, podczas diagnozy jest podawany z przyszłą datą śmierci. Czujecie się trochę, jakbyście gadali z bogiem śmierci rodem z mangi Death Note. I teraz przykład autorki, która odeszła w lutym tego roku. Kobieta miała dwóch synów, kochającego męża i plany na przyszłość. Chciała jeszcze jednego dziecka, chciała wysłać synów na studia. I owszem, chorowała, ale jednocześnie przygotowywała męża i synów na swoje odejście. Bo to było nieuniknione.
Prapraprawnuczka Ralpha Waldo Emersona, wybitnego amerykańskiego poety. Nic zatem dziwnego, że nawet pisząc o swojej chorobie, pozostawała pełna optymizmu. Jednak już nie dla swojego życia, a dla życia tych, których zostawiła. Męża. Synów. W jej przypadku, jedna mała plamka, będąca zdiagnozowana jako nowotwór sutka ( tak się fachowo diagnozuje raka piersi, rzekomo), rozbiła jej życie jak domek z kart. Ostatecznie wydawca pani Riggs zastosował podobny chwyt jak wydawca Kalanithi. I jak żona Paula napisała posłowie, tak mąż Niny zrobił to samo.
Mam wrażenie, że to taki trochę chwyt marketingowy, będący jednocześnie skokiem na emocje czytelnika. I to jedyna rzecz jaka drażniła mnie w tych książkach. Takich książek nie da się tak po prostu ocenić. Napisać, że autorka przesadzała, udawała pogodną i pogodzoną z życiem. Bo albo wtedy autor tekstu zostanie zlinczowany za brak empatii, albo ludzie zaatakują inaczej.
Ale jako osoba, która zna temat od zaplecza, powiem tylko, że nie podziwiam tej kobiety. Tak jak nie podziwiałam Paula Kalanithi. Pisałam to wyżej, napiszę to raz jeszcze. Ile diagnoz, tyle reakcji i sposobów na radzenie sobie z chorobą. Wysyłanie pacjenta na grupy wsparcia czy inne brednie to najgorsze co można zrobić choremu. Jednak pisanie takich książek przez chorych ma jakiś cel. Wiem, że większości z czytelników w jakiś sposób to pomoże. Mnie to tylko przypomniało jak strasznie irytuje mnie marność ludzkiego życia. I jak beznadziejni jesteśmy w radzeniu sobie z rzeczywistością.
2017-10-24 16:03:45


Zaloguj się
Przypomnij hasło
×
×
Dodane do koszyka
×