Bezruch
+ czas dostawy
Opis
Bezruch to złudzenie. Ciało może spać, serce - nigdy.
Adam, pięćdziesięcioletni mężczyzna, żyje u boku młodszego partnera, Kacpra. Łączy ich wspólna codzienność, dzieli - to, czego przez lata nie potrafili sobie powiedzieć. Niedokończone rozmowy, urazy i przemilczana przeszłość osiadły między nimi jak cień, którego nie sposób przegonić.
Pewnego dnia Adam odbiera telefon od Sebastiana - przyjaciela sprzed lat, z którym wiąże go więcej niż tylko dawne relacje. Nie tłumacząc niczego Kacprowi, wyrusza w podróż, która może okazać się zarówno misją ratunkową jak i spóźnionym pożegnaniem.
Adam wie, że Sebastian zbyt długo dryfował w stronę autodestrukcji. A telefon, który wykonał, mógł być jego ostatnim wołaniem o pomoc.
"Bezruch" to intymna opowieść o emocjonalnym paraliżu, który odbiera głos, zatrzymuje ruch i zamraża uczucia. Historia mężczyzny, który odkrywa, że nie da się kochać, nie biorąc za to odpowiedzialności. I że czasem tylko bliskość może przywrócić puls życiu.
Szczegóły
Recenzje
„Bezruch” to powieść, która próbuje pokazać emocjonalne zawieszenie między ludźmi, ale ostatecznie sama wpada w stagnację. Skomplikowana relacja Adama i Kacpra wydaje się być obiecująca, a do tego powrót Sebastiana wydaje się, że nada głębszy sens to niestety realizacja tej historii pozostawia spory niedosyt. Największym problemem książki jest jej tempo, a właściwie jego brak. Narracja rozwleka się w długich fragmentach, które zamiast pogłębiać psychologię bohaterów, często powtarzają te same emocje i myśli w nieco innych słowach. Bardzo raziły mnie przekleństwa, a właściwie najbardziej pojawiające się obraźliwe epitety. Momentami nie dało się czytać, ponieważ niestety tylko to mi dźwięczało w uszach. Relacje między postaciami mimo wyglądu obiecujących takie nie są. Wszystko jest potraktowane powierzchownie, jakby wręcz niedokończone. Zresztą sama postać głównego narratora Adama nie przypadła mi do gustu. Książka zmęczyła mnie powtarzalnością i niedopowiedzeniami, które nie budują napięcia, a raczej wrażenie niedopracowania. Bohaterowie zaś tkwią w miejscu, a wraz z nimi fabuła. Na szczęście druga część książki trochę uratowała całość. Przyznam, że nie raz chciałam ją skończyć nie czytając do końca. Na plus można zaliczyć język (pomijając epitety). Jest on momentami oszczędny i nastrojowy. Jednak według mnie historia potrzebowała większej dynamiki i wyraźniejszych punktów zwrotnych, wtedy byłaby ciekawsza i lepiej można byłoby się w nią wczuć. „Bezruch” to książka, która miała potencjał na poruszającą opowieść o relacjach, odpowiedzialności i stracie, ale ostatecznie sprawia wrażenie niedokończonej. Coś jak rozmowy, które jej bohaterowie tak naprawdę nigdy nie odbyli. A szkoda bo mogła by to być jakże inna i ciekawa pozycja.
Dziś wydawcy i krytycy lubią mówić o „świeżej prozie”. Co to oznacza? Krótka fraza, błyskotliwy język, narracja, którą można „połknąć” w pociągu. Debiutant ma być od razu efektowny, najlepiej łatwy do wypromowania w social mediach. Tymczasem Maciej Zakliczyński robi coś dokładnie odwrotnego. Bezruch nie uwodzi szybkością, nie podaje emocji na tacy. Zamiast tego serwuje gęstą, rozciągniętą narrację, która potrafi zmęczyć i zirytować. To decyzja ryzykowna – bo czytelnik przyzwyczajony do tempa serialu na Netfliksie może po prostu odłożyć książkę. Ale w tym właśnie tkwi sens debiutu Zakliczyńskiego. On nie próbuje nadążać, tylko zatrzymuje. Każe wejść w język, w ciężar, w powolne odkrywanie tego, co naprawdę chce powiedzieć. W świecie szybkich premier i debiutów skrojonych pod rynek Bezruch działa jak hamulec bezpieczeństwa. Jest niekomfortowy, ale konsekwentny. Nie flirtuje z modą, lecz wybiera własną drogę. I paradoksalnie – właśnie dzięki temu wyróżnia się na tle „nowych głosów”, które często brzmią podobnie. To nie jest książka, która wszystkim się spodoba. Ale może właśnie dlatego jest potrzebna – żeby przypomnieć, że literatura nie zawsze ma być łatwa i przyjemna. Czasem ma stawiać opór. Mówi się, że dziś pisze się inaczej, bo inaczej się czyta. Krócej, szybciej, zrywami. Ale czy nie można tego odwrócić? Może to właśnie literatura mogłaby zaryzykować i znów nauczyć nas innego czytania — wolniejszego, bardziej skupionego, wymagającego cierpliwości. Kto właściwie powinien narzucać modę: rynek, który karmi się kliknięciami, czy autor, który wierzy w siłę własnego stylu? Bezruch Macieja Zakliczyńskiego stawia się w tym sporze po stronie literatury. To książka, która nie goni za trendami, lecz zakłada, że wciąż jest miejsce na narrację gęstą, pełną, niepodporządkowaną wymogom łatwej konsumpcji. Można się spierać o jej długość czy przeciągnięte zdania, ale nie sposób odmówić jej jednego: stylu. A styl — ten własny, rozpoznawalny — zawsze będzie ważniejszy niż moda. Może trzeba się pogodzić z tym, że wszystko już było. Że literatura, tak jak ulica, jest eklektyczna. Równolegle mogą istnieć proza błyskotliwie szybka i proza ciężka, dająca opór. Ważne tylko, by każda miała wyrazistość. Zakliczyński tę wyrazistość posiada.