Są takie dni, które człowiek najchętniej wyrwałby z kalendarza i udawał, że ich nigdy nie było. Budzik dzwoni jak opętany, a Ty i tak zaspałeś. Kawa wychodzi tak słaba, że bardziej przypomina liścik pożegnalny niż pobudkę. Tramwaj odjeżdża tuż sprzed nosa, zostawiając Cię na przystanku w roli statysty, który się spóźnił na własną scenę. A kot? Kot właśnie postanowił udowodnić, że doniczki istnieją tylko po to, żeby spadać z parapetu i rozsypywać ziemię w miejsca, gdzie nigdy się jej nie odkurzy.
W takich chwilach wiem jedno: to nie jest czas na wielkie życiowe lekcje. Nie potrzebuję poradnika w stylu „Jak odnaleźć szczęście w pięciu krokach” ani coacha, który każe mi powtarzać afirmacje przed lustrem. Ja nawet do lustra nie chcę iść, bo jeszcze zobaczę, jak wyglądam o siódmej rano. To jest moment na literacki zestaw pierwszej pomocy. Książki, które nie oceniają, nie moralizują, nie udają, że życie jest piękne i łatwe. Tylko takie, które rozładowują napięcie, rozśmieszają i przypominają, że nawet w najbardziej absurdalnym dniu jest miejsce na uśmiech.
Mam więc swoje sprawdzone tytuły, które działają lepiej niż melisa i gorzej niż urlop, ale za to zawsze są pod ręką. Czytałem je w różnych sytuacjach: w kuchni, kiedy kawa nie miała odwagi być kawą. W łóżku, przed snem, kiedy parskałem śmiechem tak głośno, że wszystkich obudziłem. Na kanapie, przykryty kocem, udając, że mnie nie ma dla świata. I wiesz co? One naprawdę działają.
W takich chwilach wiem jedno: to nie jest czas na wielkie życiowe lekcje. Nie potrzebuję poradnika w stylu „Jak odnaleźć szczęście w pięciu krokach” ani coacha, który każe mi powtarzać afirmacje przed lustrem. Ja nawet do lustra nie chcę iść, bo jeszcze zobaczę, jak wyglądam o siódmej rano. To jest moment na literacki zestaw pierwszej pomocy. Książki, które nie oceniają, nie moralizują, nie udają, że życie jest piękne i łatwe. Tylko takie, które rozładowują napięcie, rozśmieszają i przypominają, że nawet w najbardziej absurdalnym dniu jest miejsce na uśmiech.
Mam więc swoje sprawdzone tytuły, które działają lepiej niż melisa i gorzej niż urlop, ale za to zawsze są pod ręką. Czytałem je w różnych sytuacjach: w kuchni, kiedy kawa nie miała odwagi być kawą. W łóżku, przed snem, kiedy parskałem śmiechem tak głośno, że wszystkich obudziłem. Na kanapie, przykryty kocem, udając, że mnie nie ma dla świata. I wiesz co? One naprawdę działają.