Marta Kisiel to autorka, która zgrabnie miesza gatunki literackie, wymykając się klasyfikacjom. Jej twórczość łączy literacką erudycję z ogromnym poczuciem humoru i swobodnie balansuje między fantastyką, komedią kryminalną, a literaturą dziecięcą.
W ramach naszej akcji „Wspieramy polskich autorów” przybliżamy sylwetkę pisarki, która zyskała wierne grono czytelników dzięki takim cyklom jak Dożywocie, Małe Licho czy bestsellerowym powieściom z Cyklu wrocławskiego.
Z tej okazji zapytaliśmy autorkę o inspiracje, ulubione lektury i refleksje na temat polskiej literatury. Sprawdź, co nam powiedziała!
Tylko w dniach 24.03-30.03.2025 r. książki Marty Kisiel możecie kupić z 5% rabatem, korzystając z dedykowanego kodu promocyjnego TUTAJ.
W ramach naszej akcji „Wspieramy polskich autorów” przybliżamy sylwetkę pisarki, która zyskała wierne grono czytelników dzięki takim cyklom jak Dożywocie, Małe Licho czy bestsellerowym powieściom z Cyklu wrocławskiego.
Z tej okazji zapytaliśmy autorkę o inspiracje, ulubione lektury i refleksje na temat polskiej literatury. Sprawdź, co nam powiedziała!
Tylko w dniach 24.03-30.03.2025 r. książki Marty Kisiel możecie kupić z 5% rabatem, korzystając z dedykowanego kodu promocyjnego TUTAJ.
Q&A z Martą Kisiel
Co było dla Pani największą inspiracją przy pisaniu ostatniej książki?
Marta: Nie byłoby mojej ostatniej książki, gdyby nie… Aneta Jadowska, która pewnego dnia stwierdziła, że brakuje jej czegoś kocykowego do poczytania — lekkiego, zabawnego, z pozytywnym przesłaniem. I że ja jestem odpowiednim człowiekiem, żeby coś takiego napisać. Szykowałam się wtedy do zupełnie innej powieści, więc początkowo tylko się zaśmiałam. Godzinę później miałam już w głowie tytuł "Mała draka w fińskiej dzielnicy", bohaterów i zarys fabuły. Wszystko to dzięki Anecie.
Który moment w procesie twórczym jest dla Pani najważniejszy?
Marta: Są dwa takie momenty. Pierwszy przypomina mi trochę takie wyjście z portu. Mam już konspekt fabuły, mam bohaterów z całym tłem i bagażem, siadam do pisania, znajduję to pierwsze zdanie, potem drugie, piąte, pięćdziesiąte — aż naraz wślizguję się w odpowiedni ton, w odpowiedni rytm zdań. Zaczynam słyszeć głos i każdej postaci, i samej narracji. Od tego momentu mogę już płynąć spokojnie po szerokich wodach.
Drugi moment następuje później i za każdym razem mnie zaskakuje, chociaż wiem, że nadejdzie prędzej czy później. Zazwyczaj jestem już gdzieś w drugiej połowie książki, pracowicie odhaczam kolejne punkty konspektu, po czym nagle w mojej głowie przeskakuje jakaś zapadka. I nagle wiem, po co nadałam postaci A cechę X, postaci B doświadczenie Y itd. Coś, co działało samodzielnie na poziomie mojej podświadomości, instynktu, nagle wypływa na powierzchnię w glorii i chwale. Myślę sobie wtedy: „jak to dobrze, że moja głowa jest mądrzejsza ode mnie. Przynajmniej jedna z nas wie, co robi!”
Dlaczego, Pani zdaniem, warto sięgać po polską literaturę?
Marta: Tu się odwołam do jednego z moich ulubionych memów — w literaturze angielskiej bohater umiera w imię honoru, w literaturze francuskiej umiera w imię miłości, w literaturze amerykańskiej umiera w imię wolności, a w literaturze rosyjskiej… umiera. Oczywiście w czasach, kiedy kultura, a zwłaszcza popkultura, bywa doświadczeniem globalnym, możemy czerpać inspiracje z dzieł z drugiego końca świata, takie ostre podziały nie zawsze są już możliwe, ale myślę sobie, że nadal w literaturach pozostają elementy, które można by nazwać narodowymi. Może nie będzie to już „wśród takich pól przed laty, nad brzegiem ruczaju” pisane ku pokrzepieniu serc, jednak zawsze coś „naszego” odbije się w tych książkach, w fabułach, w bohaterach, ich przemyśleniach i przeżyciach. Coś nam bliskiego.
Czy ma Pani ulubionego polskiego autora? Jeśli tak, kogo?
Marta: Wskazałabym chyba Anię Kańtoch. Jest autorką niesamowicie wszechstronną, bo po mistrzowsku pisze i kryminały, i fantastykę, i młodzieżówki, a do tego, powiedziałabym, trochę niedzisiejszą, co najlepiej widać chyba po jej powieściach kryminalnych. Ze świecą szukać tam mrożących krew w żyłach opisów okropieństw, brutalności i flaków. To bardzo miła odskocznia.
Czy mogłaby Pani wskazać swoją ulubioną książkę, do której często Pani wraca?
Marta: Zazwyczaj wracam do książek, które mnie w jakiś sposób ukształtowały, co oznacza, że są to zwykle książki odkryte przeze mnie w dzieciństwie czy nastolęctwie. Wciąż ukochane, wciąż ważne mimo upływu lat i coraz większej liczby siwych włosów na mej szalonej głowie. Jest tych książek mnóstwo, długo by wymieniać, ale ostatnio wróciłam do baśni, bo ciągnie mnie mocno w tę stronę. Odświeżyłam sobie m.in. "Piórko Finista Jasnego cud-sokoła", Grimmów, ale też "Bardzo dziwne opowieści" Ewy Szelburg-Zarembiny. I jak zawsze — poczułam się jak w domu.
Marta: Nie byłoby mojej ostatniej książki, gdyby nie… Aneta Jadowska, która pewnego dnia stwierdziła, że brakuje jej czegoś kocykowego do poczytania — lekkiego, zabawnego, z pozytywnym przesłaniem. I że ja jestem odpowiednim człowiekiem, żeby coś takiego napisać. Szykowałam się wtedy do zupełnie innej powieści, więc początkowo tylko się zaśmiałam. Godzinę później miałam już w głowie tytuł "Mała draka w fińskiej dzielnicy", bohaterów i zarys fabuły. Wszystko to dzięki Anecie.
Który moment w procesie twórczym jest dla Pani najważniejszy?
Marta: Są dwa takie momenty. Pierwszy przypomina mi trochę takie wyjście z portu. Mam już konspekt fabuły, mam bohaterów z całym tłem i bagażem, siadam do pisania, znajduję to pierwsze zdanie, potem drugie, piąte, pięćdziesiąte — aż naraz wślizguję się w odpowiedni ton, w odpowiedni rytm zdań. Zaczynam słyszeć głos i każdej postaci, i samej narracji. Od tego momentu mogę już płynąć spokojnie po szerokich wodach.
Drugi moment następuje później i za każdym razem mnie zaskakuje, chociaż wiem, że nadejdzie prędzej czy później. Zazwyczaj jestem już gdzieś w drugiej połowie książki, pracowicie odhaczam kolejne punkty konspektu, po czym nagle w mojej głowie przeskakuje jakaś zapadka. I nagle wiem, po co nadałam postaci A cechę X, postaci B doświadczenie Y itd. Coś, co działało samodzielnie na poziomie mojej podświadomości, instynktu, nagle wypływa na powierzchnię w glorii i chwale. Myślę sobie wtedy: „jak to dobrze, że moja głowa jest mądrzejsza ode mnie. Przynajmniej jedna z nas wie, co robi!”
Dlaczego, Pani zdaniem, warto sięgać po polską literaturę?
Marta: Tu się odwołam do jednego z moich ulubionych memów — w literaturze angielskiej bohater umiera w imię honoru, w literaturze francuskiej umiera w imię miłości, w literaturze amerykańskiej umiera w imię wolności, a w literaturze rosyjskiej… umiera. Oczywiście w czasach, kiedy kultura, a zwłaszcza popkultura, bywa doświadczeniem globalnym, możemy czerpać inspiracje z dzieł z drugiego końca świata, takie ostre podziały nie zawsze są już możliwe, ale myślę sobie, że nadal w literaturach pozostają elementy, które można by nazwać narodowymi. Może nie będzie to już „wśród takich pól przed laty, nad brzegiem ruczaju” pisane ku pokrzepieniu serc, jednak zawsze coś „naszego” odbije się w tych książkach, w fabułach, w bohaterach, ich przemyśleniach i przeżyciach. Coś nam bliskiego.
Czy ma Pani ulubionego polskiego autora? Jeśli tak, kogo?
Marta: Wskazałabym chyba Anię Kańtoch. Jest autorką niesamowicie wszechstronną, bo po mistrzowsku pisze i kryminały, i fantastykę, i młodzieżówki, a do tego, powiedziałabym, trochę niedzisiejszą, co najlepiej widać chyba po jej powieściach kryminalnych. Ze świecą szukać tam mrożących krew w żyłach opisów okropieństw, brutalności i flaków. To bardzo miła odskocznia.
Czy mogłaby Pani wskazać swoją ulubioną książkę, do której często Pani wraca?
Marta: Zazwyczaj wracam do książek, które mnie w jakiś sposób ukształtowały, co oznacza, że są to zwykle książki odkryte przeze mnie w dzieciństwie czy nastolęctwie. Wciąż ukochane, wciąż ważne mimo upływu lat i coraz większej liczby siwych włosów na mej szalonej głowie. Jest tych książek mnóstwo, długo by wymieniać, ale ostatnio wróciłam do baśni, bo ciągnie mnie mocno w tę stronę. Odświeżyłam sobie m.in. "Piórko Finista Jasnego cud-sokoła", Grimmów, ale też "Bardzo dziwne opowieści" Ewy Szelburg-Zarembiny. I jak zawsze — poczułam się jak w domu.