31.09
Eseje
Ha!art
Nie ma i nie będzie
Wydawnictwo:
Ha!art
Oprawa: okładka miękka
31,09 zł
Cena rekomendowana: 46,00 zł
Cena okładkowa/rekomendowana przez wydawcę/producenta.
Wysyłka dzisiaj
Opis
To nie jest podróż śladem Polski B czy Polski C, bo nie ma sensu dodawać kolejnych liter. To po prostu Polska - oszukana przez Balcerowicza, zachłyśnięta wczesnym kapitalizmem, łatana bez ładu i składu przez kolejne ekipy polityczne. W "Nie ma i nie będzie" autorka jedzie do miast, o których wszyscy słyszeli, ale nikt ich nie odwiedza. Pyta o przemysł, pracę, ale przede wszystkim po prostu o życie. Opowiada o Polsce, która tkwi pomiędzy dawnym a nowym.
[FRAGMENTY]
Nie wiem, czego szukam, przez przynajmniej jedną trzecią czasu właściwie niczego. Chcę po prostu zobaczyć, dotknąć, zaciągnąć się zapachem tych konkretnych osiedli. Posłuchać, o czym mówią ekipy rozpijające pół litra i radlery na murku, albo co krzyczy z balkonu niespecjalnie trzeźwy człowiek. Noc nadaje kształtom miękkość, chowa brzydsze, oświetla tylko niektóre punkty. Przede mną nic jednak nie trzeba chować, bo lubię słowiańską pstrokaciznę, zamęt, hałas i ten wałbrzyski palimpsest.
Nigdy nie interesowała mnie Polska sukcesu. Sukces zawsze ma swoich piewców, łatwo go opisać. Zamiecie się pod dywan kilka niewygodnych szczegółów i wychodzi zgrabna historia nieprzerwanego rozwoju – kupił, przejął, zarobił, otworzył, udało mu się. Sukces nie jest opowieścią, której brak tuby i platformy. Jest mnóstwo chętnych, by o nim mówić. Porażka ma wiele ojców i matek – albo nie ma żadnych. Bywa uznawana za chorobę zakaźną. Można ją opisać, ale najlepiej nie wchodzić zbyt głęboko w ten świat, bo i tak nic się nie da zrobić.
Nie do końca wiem, w jaki sposób pisać i mówić o bolesnej, wyniszczającej likwidacji przemysłu, by uniknąć okrągłych eufemizmów, które nawet po dwudziestu czy trzydziestu latach nie wydają się adekwatne ani uczciwe. Te wszystkie „zakład zamknięto”, „przestało działać”, „zakończyła funkcjonowanie”, albo, przeciwnie, te nagrody pocieszenia: „udało się ocalić”, „udało się częściowo przywrócić”, to język kolorowych folderów, reklam i klepania się po ramionach. Mieszkańcy skrzywdzonych miast go nie używają. Mówią „zabrali”, „ukradli”, „rozwalili”. Mówią „i po co to było?”. Każdy kotlet schabowy i piwo z przyjezdnymi to osobna, osobista historia likwidacji, znikania miasta. Mają ją osiemdziesięciolatkowie, pięćdziesięciolatkowie i trzydziestolatkowie.
Magdalena Okraska (ur. 1981) - działaczka społeczna, publicystka, antropolożka kultury, zwykła dziewczyna z prowincji. Związana z redakcją "Nowego Obywatela", autorka “Ziemi jałowej”. Obecnie kształci się w zawodzie pracownik socjalny. Mieszka w Zawierciu,
[FRAGMENTY]
Nie wiem, czego szukam, przez przynajmniej jedną trzecią czasu właściwie niczego. Chcę po prostu zobaczyć, dotknąć, zaciągnąć się zapachem tych konkretnych osiedli. Posłuchać, o czym mówią ekipy rozpijające pół litra i radlery na murku, albo co krzyczy z balkonu niespecjalnie trzeźwy człowiek. Noc nadaje kształtom miękkość, chowa brzydsze, oświetla tylko niektóre punkty. Przede mną nic jednak nie trzeba chować, bo lubię słowiańską pstrokaciznę, zamęt, hałas i ten wałbrzyski palimpsest.
Nigdy nie interesowała mnie Polska sukcesu. Sukces zawsze ma swoich piewców, łatwo go opisać. Zamiecie się pod dywan kilka niewygodnych szczegółów i wychodzi zgrabna historia nieprzerwanego rozwoju – kupił, przejął, zarobił, otworzył, udało mu się. Sukces nie jest opowieścią, której brak tuby i platformy. Jest mnóstwo chętnych, by o nim mówić. Porażka ma wiele ojców i matek – albo nie ma żadnych. Bywa uznawana za chorobę zakaźną. Można ją opisać, ale najlepiej nie wchodzić zbyt głęboko w ten świat, bo i tak nic się nie da zrobić.
Nie do końca wiem, w jaki sposób pisać i mówić o bolesnej, wyniszczającej likwidacji przemysłu, by uniknąć okrągłych eufemizmów, które nawet po dwudziestu czy trzydziestu latach nie wydają się adekwatne ani uczciwe. Te wszystkie „zakład zamknięto”, „przestało działać”, „zakończyła funkcjonowanie”, albo, przeciwnie, te nagrody pocieszenia: „udało się ocalić”, „udało się częściowo przywrócić”, to język kolorowych folderów, reklam i klepania się po ramionach. Mieszkańcy skrzywdzonych miast go nie używają. Mówią „zabrali”, „ukradli”, „rozwalili”. Mówią „i po co to było?”. Każdy kotlet schabowy i piwo z przyjezdnymi to osobna, osobista historia likwidacji, znikania miasta. Mają ją osiemdziesięciolatkowie, pięćdziesięciolatkowie i trzydziestolatkowie.
Magdalena Okraska (ur. 1981) - działaczka społeczna, publicystka, antropolożka kultury, zwykła dziewczyna z prowincji. Związana z redakcją "Nowego Obywatela", autorka “Ziemi jałowej”. Obecnie kształci się w zawodzie pracownik socjalny. Mieszka w Zawierciu,
Kraj produkcji: PL
Szczegóły
Rok wydania
2022
Oprawa
okładka miękka
Ilość stron
312
Format
14x20
ISBN
9788366571549
Redakcja
Miłosz Biedrzycki
Kraj produkcji
PL
Rodzaj
Książka
EAN
9788366571549
Data premiery
2022-04-25
Kraj produkcji
PL
Producent
Wydawnictwo Ha!art
Dodałeś produkt do koszyka
Nie ma i nie będzie
31,09 zł
Polecane kategorie
Polecane serie
Polecani autorzy
Czytaj więcej
Recenzje
Ten ciekawy reportaż odsłania kulisy upadku i utraty mocy przez miasta – widma, które kiedyś tętniły życiem, rozwijały się, zapewniały mieszkańcom pracę i rozrywkę. A dzisiaj? Życie w nich toczy się powoli, z marazmem i zastojem. A mowa o takich miastach, jak: Wałbrzych, Ozorków, Tarnobrzeg, Myszków, Skarżysko-Kamienna i inne. Miasta te w latach świetności słynęły z produkcji określonych wyrobów: węgla kamiennego, pralek, wełny, siarki. Ale nadeszły lata transformacji ustrojowej i produkcja przestała być opłacalna, zmiana ustroju na gospodarkę rynkową sprawiła, że nierentowne zakłady pracy podlegały likwidacji. Nie był żadnych planów restrukturyzacji, przyszły decyzje z centrali i nikt nie miał nic do powiedzenia. Nie wzięto też pod uwagę, że stanowiły one epicentrum życia mieszkańców tych miast i okolic, dla tysiąca ludzi był to drugi dom. Wkoło istniała cała infrastruktura, domy kultury, żłobki i przedszkola, przychodnie zdrowia, wczasy pracownicze. I tym ludziom, którzy ostatni pot wyciskali w tych zakładach, podziękowano. Rozstano się z nimi. I mając wiele lat pracy i jeszcze sporo do emerytury musieli się odnaleźć na rynku pracy. Nie było to łatwe, ludzie popadali w depresję, nie potrafili się przystosować do nowych realiów, czuli się niepotrzebni. Dla mnie to bardzo smutny przekaz. Nie znam tamtych czasów, tylko z przekazów czy literatury i nie chcę oceniać decyzji decydentów politycznych. Ale mam przekonanie, że można było inaczej postąpić z tymi zakładami, próbować zmieniać profil działalności, wprowadzić więcej nowatorstwa i nowoczesnych rozwiązań, a nie pozwolić, aby co bardziej przebiegli i będący bliżej władzy mogli się dorobić na likwidacji majątku tych zakładów. Nawet nie chciano spróbować, tylko od razu, męską ręką pozbawiono je możliwości dalszego funkcjonowania. Nie ma i nie będzie to obraz naszego kraju w czasach nadchodzącego kapitalizmu, obraz, jaki powstał wskutek takich, a nie innych decyzji. W tych miastach nadal tkwią ludzie, żyją wspomnieniami i pogardą wobec decyzji, które ich osobiście dotknęły. Zadają sobie pytanie, jak by dzisiaj wyglądał krajobraz ich miasta, gdyby ta fabryka czy zakład pracy nadal istniał? Może miasto byłoby przykładem znakomitego rozwoju, bądź by nadal gniło do wewnątrz? Tego nikt nie wie … „Po trzydziestu latach widać gołym okiem, że w baśni, którą nas karmiono, było bardzo niewiele ról pierwszoplanowych. Większości z nas suflowano role kopciuszków, żebraków i nędzarzy. Wielkie nadzieje bardzo szybko obróciły się w perz”. Autorka na drodze swojej reporterskiej podróży odwiedza zwykłych mieszkańców tych miast, mieszka z nimi i na kilka dni stara się wtopić w ich strukturę. Wiele czasu poświęca na trudne i szczere do bólu rozmowy z byłymi pracownikami wielkich zakładów pracy, jest dla nich jak konfesjonał. Słucha, słucha i stara się zrozumieć. Czuje się, jakby czas się tam zatrzymał, jakby nowe jeszcze nie nadeszło, a ludzie tkwią w tym, co było kilkadziesiąt lat wcześniej. I nie wszyscy potrafią się z tego wydobyć i otrząsnąć. A zrozumieć i zaakceptować, dlaczego są w tym miejscu dzisiaj, nie jest im łatwo. Opowieść Magdaleny Okraski jest szczera do bólu, odważna, ale też smutna i bolesna, nie napawa raczej optymizmem. Daje smutną refleksję, że wiele w Polsce zniszczono i zaniedbano, w imię kapitalizmu, kosztem ciężko pracujących obywateli, poczuwających się do odpowiedzialności za swojego „żywiciela”. To obraz prawdziwego życia, porażki, którą ci ludzie ponieśli. Bo nie można powiedzieć, że są zwycięzcami, są ofiarami systemu, przekształceń i transformacji. Warto, aby ludzie zapoznali się z tym reporterskim krajobrazem, obudzili się i nie pozwolili, aby władza po raz kolejny tak postąpiła. Dzisiaj już jesteśmy mądrzejsi, mamy większy dopływ wiedzy i informacji, jesteśmy bardziej otwarci i przewidujący. Polecam! Warto wybrać się w podróż z autorką i zobaczyć, co po sobie zostawiła transformacja poprzednich władz. Opisane miasta to tylko kropla, takich opłakanych i obdartych ze złudzeń obrazków jest zdecydowanie więcej.